Rozmowy ze sobą: wdzięczność

Zanim zaczęłam interesować się rozwojem osobistym słowo „wdzięczność” nie budziło u mnie zbyt dobrych skojarzeń. W moim życiu sytuacje związane z okazywaniem wdzięczności były zwykle pełne zobowiązania, trochę poczucia winy, a przede wszystkim wzajemności. Tak jak wtedy, gdy słyszałam, że należy okazać wdzięczność komuś, kto coś dla nas dobrego zrobił, na co za bardzo nie zasługiwaliśmy. Wdzięczność była czymś, co należy okazać, a nie tym, co można poczuć.

Dlatego gdy pierwszy raz natknęłam się na badana mówiące o tym, że wdzięczność jest kluczem do szczęścia, że praktykowanie wdzięczności sprawia, że czujemy się lepiej, byłam trochę nieufna. Nie potrafiłam nawet wyobrazić sobie, jak można odczuwać wdzięczność. Skoro jednak tak wiele badań pokazywało, że to droga do mojego szczęścia, postanowiłam spróbować.

Czym dla mnie jest praktyka wdzięczności?

Codziennie wieczorem staram się znaleźć chwilę na refleksję. Obserwuję w sieci wiele osób, które mówią, że to poranek jest dla nich tym czasem, kiedy mogą być sami ze sobą, panuje też w literaturze dotyczącej rozwoju osobistego swoista moda na poranne wstawanie i praktykowanie dobrych nawyków m.in. wdzięczności. Ja jednak na ten moment nie potrafię rozpoczynać dnia wcześniej, więc planuję sobie taki refleksyjny czas przed snem.

Wdzięczność to dla mnie nic innego jak zbieranie, kolekcjonowanie w pamięci momentów dobra. Zamykam oczy i zastanawiam się przez chwilę, co dobrego mnie dzisiaj spotkało. Szukam 5 miłych wspomnień – takich momentów, które mimo wszystko sprawiły, że uśmiechnęłam się odrobinę. Staram się je zapisać, nie rezygnuję jednak z tej praktyki, jeśli akurat nie mam pod ręką niczego do pisania.

Ważne jest, by znów na chwilę te dobre doświadczenia poczuć. Zatrzymuję się przy nich myślami i przypominam sobie wszystkie odczucia zmysłowe, które je otaczały: Co słyszałam? Co widziałam? Jaki zapach poczułam? Jakie były moje wrażenia dotykowe?

Podczas niektórych dni praktyka wdzięczności jest dużym wyzwaniem – dziś na przykład moja zaawansowana ciąża dawała mi się fizycznie bardzo we znaki, nie mogłam zapanować nad wieczornym rytuałem mojego czteroletniego syna, nie udała mi się żadna rzecz w kuchni, a wszystko, co przeczytałam czy obejrzałam uświadamiało mi, jak daleka przede mną droga do tego, kim chcę być.  Na liście powodów do wdzięczności zapiszę jednak miłe spotkanie z koleżanką, dobrą herbatę, przytulanie z synem, ważną rozmowę z mężem i udaną drzemkę.

Zawsze możemy znaleźć powody do wdzięczności, jeśli tego chcemy. Przyznam się szczerze, że czasem mam takie dni, że rzeczywistość przytłacza mnie tak bardzo, że wcale nie chce mi się szukać dobra wokół siebie, wolę sobie posiedzieć przez chwilę w tej czarnej dziurze, w jaką wpadłam. I pozwalam sobie na to przez krótki czas i… jestem wdzięczna, że mogę sobie właśnie na taką słabość pozwolić 😊

Kiedy uciekam

Co robisz, gdy jest Ci trudno? Gdy nagle rzeczywistość okazuje się być zupełnie nie taka, jak „miała” być? Co robisz, gdy masz za dużo trudnych emocji? Ja uciekam.

Długo nie zdawałam sobie sprawy, że moje zachowania w takich chwilach mogą być ucieczką. Tłumaczyłam sobie, że to zmęczenie, przepracowanie, potrzeba odpoczynku. Dialog ze sobą i empatyczne przyjrzenie się swoim potrzebom pomogły mi zidentyfikować moje najczęstsze sposoby na ucieczkę od rzeczywistości.

Seriale i filmy

Nie każdy serial czy film jest dla mnie ucieczką od trudnej rzeczywistości. Oczywiście, wiele z nich pozwala przenieść się w zupełnie inny świat, doświadczyć czegoś nowego i one nie są dla mnie ucieczką od mojego życia, tylko wycieczką do innego świata, z której mogę wrócić bogatsza i mądrzejsza. Po czym poznaję, że uciekam? Wiele lat temu przechodziłam bardzo poważną rewolucję w moim życiu prywatnym. Był to bardzo wyczerpujący dla mnie czas emocjonalnie. Moją ucieczką wtedy było oglądanie w zapętleniu dwóch filmów: „Zmierzch” i „Księżyc w nowiu”. Kto z Was kiedyś widział ten filmy, ten wie, że ani treść, ani forma tych filmów nie są zbyt skomplikowane. Uciekałam wtedy od mojej rzeczywistości do tamtego świata, nie chciałam być u siebie, chciałam być właśnie tam, jakkolwiek tamten świat w filmach wyglądał, wydawał mi się prostszy i przyjemniejszy od mojego. Czasem opowiadam tę historię jako anegdotę. Wiem jednak, że to zachowanie świadczyło o tym, jak bardzo trudny emocjonalnie czas przechodziłam. W tamtym czasie nie potrafiłam jednak ze sobą rozmawiać i opiekować się sobą na tyle, żeby to zauważyć.

Jestem o parę lat starsza 😉 Nadal w trudnym dla mnie czasie zdarza mi się „wkręcić” w fabułę jakiegoś prostego serialu, traktując go jak ucieczkę od rzeczywistości. Czasem emocje są dla mnie tak trudne, że nie od razu się orientuję, że uciekam.

Kryminały

Lubię wciągające książki, a kryminały to mój ulubiony gatunek. Nauczyłam się, że jeśli kryminał czytam od czasu do czasu, to jest to „zdrowa” rozrywka, jeśli jednak po przeczytaniu jednego natychmiast sięgam po drugi, a potem kolejny, muszę sprawdzić, czy nie jestem właśnie w trakcie uciekania od rzeczywistości.

Sen

Sen jest potrzebny każdemu, a jeśli przechodzę trudne chwile, moje zmęczenie, a zarazem zapotrzebowanie na sen wzrasta. Czasem jednak sen staje się dla mnie ucieczką. Nie mam sił na mierzenie się z rzeczywistością, na trudne emocje, więc idę spać. Robię sobie drzemki, z których ciężko mi się wybudzić. Celowo zwiększam podaż cukrów w diecie, żeby szybciej mnie odcinało. Nie budzę się wypoczęta, tylko jeszcze bardziej zmęczona.

Od pewnego czasu wiem, że w ucieczkach nie ma niczego złego. Chcę jednak mierzyć się z trudnymi emocjami, chcę mieć ich świadomość. Czasem moje ucieczki odcinały mnie od kontaktu z moimi emocjami, a to powodowało, że mierzyłam się z nimi dłużej lub że w ogóle nie potrafiłam sobie z nimi poradzić. Dziś staram się przyglądać sobie i zauważać. Jeśli widzę, że uciekam, to zastanawiam się od czego. Jakie emocje są dla mnie zbyt trudne, że nie chcę się z nimi zmierzyć?

A Ty co robisz z trudnymi emocjami, z nieprzyjemnymi doświadczeniami?

Dlaczego mnie nie słuchasz?

Dlaczego mnie nie słuchasz? To proste. Jesteś zbyt zajęta sobą, żeby słuchać, co do Ciebie mówię. Myślisz o sobie, o Twoim życiu, o Twojej walce, nie chcesz słuchać o mojej. To Ty jesteś najważniejsza, Twoje myśli, Twoje lęki, Twoje sprawy, Twoje decyzje. O czym do Ciebie mówię? O mnie? Nie…, nie będziesz tego słuchać, musisz skupić się na sobie. To Ty jesteś najważniejsza. Chcesz rozmawiać o sobie, chętnie mi opowiesz, z czym się teraz zmagasz. Nie po to, żeby wysłuchać zaraz potem mojej historii, tylko żebym ja wysłuchała Twojej. Rozmawiajmy o Tobie.

Dlaczego mnie nie słuchasz? Bo chcesz, żebym to ja Cię wysłuchała. Nikt nigdy nie chciał Cię wysłuchać, więc nie nauczyłaś się słuchać. Szukasz kogoś, kto Cię wreszcie wysłucha. Nie mam czasu? Poszukasz innego słuchacza.

Dlaczego mnie nie słuchasz? Nie możesz skupić się na mnie, bo przestaniesz myśleć o sobie, a jak Ty przestaniesz, to kto o Tobie pomyśli? Jak Ty sama nie będziesz analizować swoich problemów, to kto je za Ciebie przeanalizuje?

A co by było, gdybyś wyszła na chwilę ze swojego kokonu myśli i lęków, aby wysłuchać drugiej osoby? Boisz się, że sama nie zostaniesz wysłuchana? Jeśli poświęcisz czas i uwagę, żeby przyjrzeć się drugiej osobie, to czy nie zabraknie ich potem dla Ciebie?

Na co dzień zajmujemy się sobą, swoimi lękami i swoją walką. Boimy się, że poświęcając uwagę innym, stracimy przez to siebie i znikniemy w gąszczu spraw innych ludzi. Chcemy czuć się ważni.

Tymczasem prawdziwa rozmowa zaczyna się właśnie tam, gdzie przestajemy myśleć tylko o sobie i skupiamy się na drugim człowieku. Okazując mu uwagę i troskę stajemy się ważni, stajemy się najważniejsi dla niego. Przestajemy wymieniać serię monologów, których nikt nie słucha, a uczestniczymy w prawdziwej rozmowie. Nasza ważność nie leży tam, gdzie mówimy, a tam, gdzie słuchamy. Im więcej słuchamy, tym stajemy się ważniejsi dla tych, których wysłuchaliśmy.

Nie słuchasz mnie, bo ja nie słucham Ciebie.

Rozmowy ze sobą: medytacja

Odkąd pamiętam zawsze chciałam być NAJBARDZIEJ. W szkole miałam najlepsze oceny, pierwsza zgłaszałam się do odpowiedzi, brałam udział w konkursach, olimpiadach i je wygrywałam. Zawsze chwalona, podziwiana, a-skąd-ty-to-wszystko-wieszana.

Na studiach były dwa kierunki, dwie prace, wakacyjne wyjazdy edukacyjne lub pracujące, zaangażowanie w mnóstwo przeróżnych inicjatyw, nawet studencki teatr, w którym grałam niezapomnianą rolę lisicy 😉

Zawsze w biegu. Kanapki zjadane w tramwaju, gdy pędziłam z jednych zajęć na drugie (wtedy w Łodzi studenci mieli zajęcia w wielu różnych lokalizacjach), hackowanie systemu nauczania i transportu miejskiego. Sukces za sukcesem.

I nagle się zatrzymało. Nagle się skończyło. Okazało się, że już nie muszę się spieszyć, bo nie ma po co, nie ma dokąd. Przyszedł dół. Dół, z którego co jakiś czas podrywałam się do nowych zadań, w których mogłam być NAJBARDZIEJ – projektów rozwijanych podczas nadgodzin w pracy, poszukiwania i urządzania własnego mieszkania, wyjazdów. NAJBARDZIEJ działało na mnie jak narkotyk, przyciągało mnie i… wysysało. Dawało ogromną satysfakcję, a potem pozostawiało z poczuciem bezbrzeżnej pustki. Dopóki nie pojawiała się kolejna szansa na kolejne NAJBARDZIEJ, na kolejny sukces, nic mnie nie cieszyło, nic nie dawało satysfakcji.

Nowa droga

Gdy zaczęłam chodzić na zajęcia z medytacji, czułam się jakbym dołączała do jakiejś sekty – śpiewy, przygaszone światło, zamknięte oczy. Od pierwszych zajęć tutaj też chciałam być NAJBARDZIEJ – najszybciej się wszystkiego nauczyć, najlepiej praktykować, wyciszyć umysł tak, jak jeszcze nikt nigdy. I tu była moja lekcja pokory. Okazało się, że z umysłem nie da się w ten sposób osiągnąć wyciszenia. Że im bardziej próbujesz go zmusić do odpoczynku, tym bardziej on wędruje. Myślałam sobie wtedy – skoro nie mogę być najlepsza, NAJBARDZIEJ wyciszona, to rezygnuję, nie ma to żadnego sensu.

Coś mi jednak podszeptywało, żeby pójść jeszcze na kilka zajęć. Na jednych z nich poczułam, co to znaczy obserwować własne myśli, na kolejnych ogarnął mnie w końcu prawdziwy spokój i odpuścił stres. Okazało się, że zmiany zaczęły przychodzić powoli. Nie potrzeba było spektakularnych efektów, żebym poczuła się lepiej. Co więcej – okazało się, że w medytacji w ogóle nie muszę być NAJBARDZIEJ, nie muszę być najlepsza, najszybsza, najbardziej elokwentna czy błyskotliwa.

Wreszcie poczułam ulgę. Medytacja uwolniła mnie od konieczności bycia NAJBARDZIEJ, od mojego narkotyku. Teraz mogę być taka, jaka chcę. Mogę wreszcie stać się sobą 😊

Kiedy mnie słuchasz

Co sprawia, że masz ochotę mnie słuchać? Kiedy to, co mówię, jest dla Ciebie najciekawsze, kiedy wzbudza Twoje największe zainteresowanie? Odpowiedź jest prosta – kiedy mówię w określony sposób. Nie to, co mówię, lecz to, jak to robię, sprawia, że chcesz mnie wysłuchać do końca.

Pewnie już kiedyś obiło Ci się o uszy, że najważniejsza w komunikacji jest mowa ciała. Często powtarzana zasada 7-38-55, która mówi, że dla naszego słuchacza tylko w 7% ważne jest to, co mówimy, w 38% – jakim tonem to przekazujemy, a w 55% – jakich przy tym używamy gestów, jest w rzeczywistości błędną interpretacją eksperymentów Alberta Mehrabiana, amerykańskiego psychologa i może się odnosić jedynie do sytuacji komunikacji naszych postaw i uczuć, nie zaś faktów (więcej: klik). Nie ulega jednak wątpliwości, że sposób naszej wypowiedzi może wspierać jej zrozumienie albo go utrudniać (więcej: klik).

Jak mówić, żeby słuchali?

Najchętniej słuchasz mnie, jeśli mówię w sposób spokojny i stonowany, więc jeśli chcę, aby moja wypowiedź lepiej dotarła do odbiorcy zmieniam ton mojego głosu na cichszy, a tempo wymawianych słów na wolniejsze. Ideałem jest dla mnie sposób wypowiedzi Vito Corleone, a później także Michaela Corleona z obu części „Ojca Chrzestnego”, którzy prawie zawsze mówią cicho i spokojnie, a wszyscy wokół milkną, żeby ich wysłuchać. Ich autorytet wiele by stracił, gdyby to samo mówili szybko i podniesionym głosem 😊

„Ojciec chrzestny II”

„Ojciec chrzestny I”

Dodatkowo – zwróciłam uwagę, że im mniej informacji przekazuję, tym bardziej ludzie są jej ciekawi. A jeśli nie są, to tym lepiej, że nie zmarnowałam energii na jej przekazanie 😉

Co jeszcze wzmacnia wypowiedź?

Chętniej mnie słuchasz, jeśli nie gestykuluję nadmiernie. Oczywiście, używanie ciała jako pomocy przy wypowiedzi jest ważne i potrzebne, jednak jeśli zataczam przez cały czas olbrzymie kręgi rękami, to mój  słuchacz strasznie się tym męczy i dodatkowo patrzenie na moje ręce odciąga jego uwagę od słuchania.

Ważne jest także patrzenie w oczy, przynajmniej raz na jakiś czas. Jeśli przez całą swoją wypowiedź unikam kontakt wzrokowego, nie budzę zaufania u swojego rozmówcy. Całkiem niedawno przeprowadzałam rozmowę rekrutacyjną do mojego zespołu i kandydatka ani razu podczas spotkania nie spojrzała mi w oczy. Unikanie przez nią kontaktu wzrokowego wpływało na mnie tak bardzo, że nie potrafiłam skupić się na tym, co mówi, uwierzyć w jej historię, a w rezultacie nie zaprosiłam jej do kolejnego etapu.

Pamiętam także, aby wyprostować kręgosłup i opuścić ramiona. Kiedy garbię się i chowam głowę między ramionami sprawiam, że mój rozmówca odbiera mnie jako osobę niepewną siebie, a także robię coś znacznie gorszego – wysyłam do swojego własnego mózgu sygnał, że się boję, że sytuacja, w której jestem, może być dla mnie zagrożeniem. W rezultacie mój mózg przełącza się na inne tryby, sprawiając, że cały mój organizm funkcjonuje jakby się przed czymś bronił: podnosi się ciśnienie, przyspiesza serce, moja uwaga staje się wybiórcza. Jeśli prostuję plecy i opuszczam ramiona podczas rozmowy, wysyłam do mózgu sygnał, że jestem zrelaksowana, a w takim stanie osiągam najwyższą efektywność i produktywność. Jeśli zatem chcę dobrze wypadać podczas rozmów, opuszczam ramiona i prostuję plecy. Nie dość, że dodaje mi to pewności siebie, to jeszcze uczę swój mózg, że rozmowa to nie jest sytuacja zagrożenia.

Kiedyś wierzyłam, że ludzie mnie słuchają, gdy mówię głośno, szybko, jak najwięcej, gestykulując bardzo wyraziście. Gdy odkrywałam, że ktoś mnie nie słucha, mówiłam jeszcze głośniej, jeszcze szybciej i jeszcze bardziej zwracałam na siebie uwagę gestykulacją. Oczywiście, nie słuchali mnie wtedy bardziej, a ja stawałam się coraz bardziej zdesperowana w próbach przyciągania ich uwagi. Któregoś razu kilka lat temu byłam bardzo zmęczona po maratonie wielu nadgodzin w pracy przez kilka dni z rzędu. Mimo tego zdecydowałam się na udział w spotkaniu ze znajomymi, choć najbardziej wtedy marzyłam o ciszy, spokoju i własnym łóżku. Pomyślałam, że pójdę na chwilę, nie będę za dużo gadać, bo nie mam siły, więc nie wzbudzę zainteresowania i łatwo wymknę się do domu. Mówiłam ciszej i mniej. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że znajomi nie odrywali ode mnie wzroku i przysuwali się bliżej, żeby dokładniej mnie posłuchać. Może tego dnia nie poszłam zbyt szybko spać, ale nauczyłam się ważnej rzeczy na temat komunikacji 😊

Czasem nadal mówię nawykowo zbyt szybko, zbyt głośno, czasem nadal się garbię. Jeśli tylko to dostrzegam, koryguję szybko moją postawę i ton głosu, by mój rozmówca słuchał mnie z większym zainteresowaniem. I – jak na razie – to działa 😊

Jak rozmawiam z nieznajomym?

Czy rozpoczęcie rozmowy z kimś zupełnie dla Ciebie obcym budzi czasem Twój lęk i niepewność? Nie wiesz, jak zacząć rozmowę, jak ją poprowadzić? Obawiasz się ciszy, która może nastąpić, gdy nie będziecie mieli sobie już nic do powiedzenia? Jeśli tak, mam nadzieję, że poniższy tekst pozwoli Ci lepiej się poczuć w takich sytuacjach.

Ja bardzo lubię rozmawiać z osobami, których nie znam. Oczywiście, są dni, kiedy w ogóle nie mam ochoty z nikim rozmawiać, szczególnie z nieznajomymi, jednak z reguły takie rozmowy sprawiają mi mnóstwo przyjemności. Stosuję przy tym kilka technik, które ułatwiają mi przeprowadzanie takich rozmów.

Po pierwsze: traktuję nieznajomego jak znajomego

To ważne – często paraliżująca bywa sama myśl, że mamy rozmawiać z kimś nieznajomym. Nie lubię dzielić ludzi na znajomych i nieznajomych, bo zakładam, że na pewnym poziomie wszyscy jako ludzie jesteśmy tacy sami (a poza tym czasem znajomy potrafi wywinąć taki numer, że wydaje mi się, że nigdy go nie poznałam). Zatem zakładam, że się znamy się z Panem Nieznajomym, raczej z widzenia dotychczas, niemniej jednak zasługuje przez to na mój uśmiech i otwarte podejście.

Po drugie: zakładam życzliwość

Jak już pisałam – życzliwość działa z reguły w dwie strony: jeśli uruchamiasz ją w sobie, to inni automatycznie odpowiadają z życzliwością. Przy rozmowie z nowo poznaną osobą uruchamiam życzliwość od początku. Uśmiecham się, mówię miłe słowa, doceniam to, co robi. Czasem takie mało znaczące dla nas zdania potrafią całkowicie zmienić czyjś humor, „zrobić mu dzień”. Przykład? Czasem mówię do kasjerki: „Ale ma Pani tutaj dzisiaj kocioł! Ludzie są nerwowi w takich kolejkach, prawda?”. Z niej od razu wtedy schodzi napięcie i mówi: „A żeby Pani wiedziała! A jacy się od razu niemili robią!”. I tak oto kilka słów, sympatycznych, krótka rozmowa. Oczywiście, nie namawiam Cię do rozmawiania z każdą kasjerką, bo wtedy wszyscy stalibyśmy w kolejkach godzinami 😉 Niemniej jednak porozmawiać można chociażby dla wprawy czy… np. dodatkowych naklejek na różne noże, książki czy Świeżaki, które kasjerki za taką rozmowę chętnie same wręczają z wdzięczności.

Po trzecie: zadaję pytania

Czasem bywa dziwnie. Zaczniesz z kimś rozmowę na przystanku i myślisz, że to tylko kilka zdań, a potem okazuje się, że siedzisz obok tej osoby w autobusie i przez 12 przystanków nie bardzo wiesz, jak się zachować. Mój patent jest prosty? Nie wiesz, o czym mówić – pytaj. Ludzie z reguły lubią mówić o sobie i chętnie odpowiadają na pytania. W okresie przedświątecznym zapytaj, czy już mają za sobą zakupy prezentowe, latem – czy już po urlopie, gdy spadnie śnieg – czy lubią taką pogodę itp. Zadaję pytania z życzliwością i otwartością, nie oceniam odpowiedzi, tylko słucham, czasem odpowiadam, że ja mam inaczej (np. nie robię zakupów świątecznych na ostatnią chwilę), ale znam ludzi, którzy wolą iść na żywioł i kupować wszystko w Wigilię.

A Wy jak rozmawiacie z nieznajomymi? Stosujecie powyższe strategie?

Życzliwość to klucz

Wiesz, czego najbardziej nie lubię, gdy rozpoczynam z kimś rozmowę? Negatywnego nastawienia. Bardzo nieprzyjemnie mi się robi, gdy pani w urzędzie nie patrzy na mnie, tylko opryskliwie odpowiada półsłówkami, gdy w sklepie zamiast mi pomóc sprzedawca wzdycha i przewraca oczami, gdy sąsiad na moje „Dzień dobry!”, odpowiada „Tu nie obora, proszę zamykać drzwi” nawet nie patrząc mi w oczy. Znasz to? A czy zdarzyło Ci się być kiedyś taką osobą i nieprzyjemnie potraktować „niewinnego” rozmówcę (petenta, klienta, sąsiada)?

Mnie się zdarzyło nie raz. Wydawało mi się, że skoro mi jest trudno, bo mam dużo obowiązków, stresu czy złości w sobie, to wcale nie muszę być miła dla kogoś, kogo nie znam. I nie byłam. Rezultat był taki, że często rozmowa dostarczała mi jeszcze więcej nieprzyjemnych emocji i czułam się jeszcze gorzej.

A gdyby tak wszystko zmienić…

Wyobraź sobie, że przypadkowa osoba, z którą rozmawiasz, jest do Ciebie dobrze nastawiona, okazuje Ci sympatię, troszczy się o Twoje samopoczucie i chce Ci pomóc. Jak się wtedy czujesz? Dobrze, prawda? Przyjemnie się rozmawia z kimś, kto jest do Ciebie życzliwie nastawiony. A gdybyśmy odwrócili role i Ty sam stałbyś się taką osobą? Jak inni by się czuli rozmawiając z Tobą?

Z mojego doświadczenia wynika, że na życzliwość ludzie odpowiadają życzliwością. Jeśli zadam im pytanie z szacunkiem i sympatią, nie potrafią odpowiedzieć zgryźliwie i nieprzyjemnie. Jeśli jestem dla nich zwyczajnie i szczerze miła, nie przymilna lub nachalnie sympatyczna, tylko miła, jako człowiek, to nie potrafią odmówić mi pomocy. Jeśli doceniam to, co dla mnie robią, chcą robić jeszcze więcej. Zaskakujące?

W latach 90-tych odkryto, że mamy w mózgu komórki, zwane neuronami lustrzanymi, które odpowiadają za naśladowanie czynności wykonywanych przez innych ludzi. Jeśli się uśmiechasz do kogoś, ta osoba bezwiednie odpowiada uśmiechem, a uśmiech daje sygnał do mózgu, że wszystko jest dobrze i tak dalej.

Właśnie dlatego na Twój uśmiech, Twoją szczerą życzliwość ludzie odpowiadają uśmiechem i życzliwością.

Skąd wziąć życzliwość?

Gdy mam zły dzień, humor mi nie dopisuje, ciężko mi znaleźć w sobie chęć do uśmiechania się do obcych ludzi. Całkowicie brakuje mi wtedy życzliwości. W takich momentach pomaga mi przypominanie sobie sytuacji życzliwości lub osoby, wobec której czuję bezgraniczną sympatię. Uciekam na kilka chwil do świata mojej wyobraźni, by przypomnieć sobie jak się czułam ostatnio w tej sytuacji i pozwalam sobie, by moje nastawienie do świata się zmieniło. Potem jeszcze kilka uśmiechów, sygnał do mózgu i… życzliwość wraca.

Co przeszkadza?

Czy zdarzyło Ci się kiedyś, że zostałeś niezrozumiany? Czy kiedykolwiek starałeś się komuś coś ważnego wytłumaczyć i odniosłeś porażkę? Chciałeś dobrze i nie wyszło?

Tak, ja też znam takie sytuacje. Chcemy dobrze, a zupełnie nam nie wychodzi. W tym wpisie chciałabym Ci opowiedzieć, co często staje mi na drodze w skutecznej komunikacji.

Emocje

Gdy w rozmowie z inną osobą ponoszą mnie emocje, zwłaszcza te trudne, może się zdarzyć, że stracę  kontrolę nad swoją wypowiedzią. Czasem też przestaję słyszeć, co mój rozmówca ma mi do powiedzenia (słowa). Dochodzą wtedy do głosu moje najbardziej podstawowe instynkty, odpowiadające za przetrwanie i moje reakcje mogą stać się zupełnie nieadekwatne do rzeczywistego zagrożenia. Tym samym tak naprawdę nie słyszę komunikatu, gdyż zagłuszają go moje emocje. Podobnie może reagować mój rozmówca, gdy poniosą go emocje i nie będzie potrafił usłyszeć, co mówię. Taka sytuacja to prawdziwy zabójca rozmowy, dialogu.

Oczekiwania

Oczekiwania często stają się prawdziwym zabójcą skutecznej komunikacji. Znasz to? Spodziewasz się, że ktoś zareaguje w określony sposób, tymczasem jego reakcja jest skrajnie różna od Twoich oczekiwań. Co więcej – Ty reagujesz w sposób, którego Twój rozmówca się kompletnie nie spodziewa. I tak oto stoimy sobie naprzeciwko siebie, uwięzieni w swoich oczekiwaniach i bez możliwości porozumienia.

Kontekst i zaplecze

Kontekst, czyli miejsce i czas rozmowy oraz zaplecze, czyli wszystko to, co wydarzyło się przed nią – to są także ważni „przeszkadzacze” w naszej komunikacji. Inaczej się rozmawia osobiście siedząc sobie w przyjemnym otoczeniu, np. na ławce w parku, bez pośpiechu, a inaczej przez telefon w zatłoczonych środkach transportu. Często w naszej rozmowie istotną rolę odgrywają także przeszłe wydarzenia, których możemy nawet nie być świadomi – poranna kłótnia z kimś bliskim, wielotygodniowe zmęczenie czy nawet sposób, w jaki zostaliśmy wychowani.

Gdy rozmowa nie zmierza do naszego upragnionego celu, gdy pojawia się konflikt, zawsze przyglądam się, czy nie pojawiły się powyższe „utrudniacze”. Zazwyczaj samo uświadomienie sobie, że ja sama lub osoba, z którą rozmawiam może być zmęczona, przytłoczona, zdenerwowana lub po prostu przepełniona swoimi oczekiwaniami (których może nawet nie rozumieć) i włączenie do rozmowy empatii, pozwala rozładować sytuację.

Doświadczasz takich sytuacji? Co wtedy robisz?

Kiedy rozmawiam?

Pytanie w tytule wydaje się banalne i sama kiedyś myślałam, że nigdy go nie zadam. „Przecież rozmawiam wtedy, kiedy mówię do kogoś” – brzmi to dość rozsądnie, jednak gdyby tak właśnie było, komunikacja byłaby najprostszą czynnością, z jaką mamy na co dzień do czynienia. Tymczasem tak… NIE JEST. Zatem przyjrzyjmy się temu bliżej.

Komunikacja to rozmowa

W toku edukacji nauczyłam się myśleć, że rozmowa składa się ze słów i zdań, ułożonych w odpowiednim szyku. I z punktu widzenia naukowego takie myślenie jest jak najbardziej poprawne, gdyż Słownik Języka Polskiego definiuje rozmowę jako:

    • wzajemna wymiana myśli za pomocą słów
    • porozumiewanie się za pomocą słów; konwersacja, dyskusja, polemika, dysputa

Zwykle rozróżnia się dwa rodzaje komunikacji: werbalną i niewerbalną, przy czym za werbalną uznaje się właśnie rozmowę (słowa), a za niewerbalną wszystkie gesty, mimikę naszej twarzy czy intonację. I jakkolwiek z punktu widzenia naukowego taka definicja jest najzupełniej słuszna, w moim codziennym życiu okazała się mocno niepraktyczna. Dlaczego? Gdyż oddzielanie komunikacji werbalnej i niewerbalnej tworzyło wrażenie jakby te dwa procesy działy się od siebie niezależnie, jakby były obok siebie i nie miały ze sobą nic wspólnego.

Tymczasem często spotykała mnie sytuacja, gdy ktoś na moje pytanie (komunikacja werbalna) odpowiadał spojrzeniem (komunikacja niewerbalna), gdy z zaciśniętymi pięściami (komunikacja niewerbalna) mówiłam komuś, że z chęcią spełnię jego prośbę (komunikacja werbalna). Chciałabym, żeby to było jasne – moim celem nie jest obalanie teorii naukowych ani dyskutowanie z nimi. Uznałam natomiast, że dla mojego własnego dobra powinnam nieco w praktyce rozszerzyć definicję rozmowy:

Rozmowa to wzajemna wymiana myśli, porozumiewanie się za pomocą słów lub znaków.

Tym samym: rozmowa = komunikacja.

Po co mi definicje?

W życiu codziennym definicje nie są mi do niczego potrzebne (chociaż bardzo je lubię), dopóki nie dochodzi do konfliktu.  Jeśli komunikacja (rozmowa) przebiega bez zarzutu, definiowanie jej nie jest mi do niczego potrzebne.

Przykład:

Ja: Kochanie, zrób mi kanapkę.
Mąż: Dobrze, kochanie. Może być z serem?
Ja: Wolałabym z czym innym, nie lubię kanapek z serem.
Mąż: Mamy jeszcze dżem truskawkowy. Mogą być z dżemem?
Ja: Jasne. Dziękuję!

W powyższym przykładzie komunikacja przebiegła skutecznie – dostałam kanapkę i mogłam oddać się innym relaksującym czynnościom.

Spójrzmy zatem na inny przykład:

Ja: Kochanie, zrób mi kanapkę.
Mąż (wzdycha i zaciska pięści): Dobrze, kochanie. Może być z serem?
Ja (przewracam oczami): Tyle razy ci mówiłam, że nie znoszę sera.
Mąż (zaciska zęby i podnosi głos): No to z czym chcesz te kanapki?
Ja (z obrażoną miną): Bez łaski, już nie chcę.

W powyższym przykładzie początek rozmowy był podobny, jednak komunikacja niewerbalna (miny, gesty, intonacja) wpłynęła na dalszy jej przebieg. Oczywiście, żeby ustalić, co poszło nie tak, trzeba by tę sytuację prześledzić bardziej dokładnie, nie da się jednak ukryć, że to nie słowa zdecydowały o tym, że zamiast przyjemnej wymiany zdań, pojawił się konflikt. Tym samym – sama musiałam sobie zrobić kanapkę.

Zdecydowałam, że łatwiej będzie mi uniknąć konfliktów, gdy uznam, że gesty, miny i intonacja to elementy rozmowy, które mają na nią znaczący wpływ. Zdefiniowanie tego stało mi się potrzebne i przydatne. Podobnie jak w przypadku np. gdyby sąsiad z góry zalał mi mieszkanie, sięgam do umowy z towarzystwem ubezpieczeniowym  i sprawdzamy właśnie w definicjach, czy należy mi się za to jakakolwiek rekompensata, czy też akurat sytuacja zalania przez sąsiada z góry została wykluczona z polisy i jedynie o zwrot kasy mogę się ubiegać, gdy zaleje mnie sąsiad z dołu (prysznicem wycelowanym w sufit łazienki przez 3 godziny 😊). Sytuacja absurdalna, jednak mam nadzieję, że wyjaśnia, o co mi chodzi.

Reasumując – uznałam, że jeśli chcę się dogadywać z innymi, za samą rozmowę muszę uznać nie tylko słowa, a także całą komunikację pozawerbalną: gesty, mimika, zachowanie ciała, ton głos itp. Taka zmiana wiele mi ułatwia na co dzień i pozwala uniknąć wielu konfliktów😊 W jaki sposób? O tym Ci jeszcze opowiem.