Kiedy mnie słuchasz

Co sprawia, że masz ochotę mnie słuchać? Kiedy to, co mówię, jest dla Ciebie najciekawsze, kiedy wzbudza Twoje największe zainteresowanie? Odpowiedź jest prosta – kiedy mówię w określony sposób. Nie to, co mówię, lecz to, jak to robię, sprawia, że chcesz mnie wysłuchać do końca.

Pewnie już kiedyś obiło Ci się o uszy, że najważniejsza w komunikacji jest mowa ciała. Często powtarzana zasada 7-38-55, która mówi, że dla naszego słuchacza tylko w 7% ważne jest to, co mówimy, w 38% – jakim tonem to przekazujemy, a w 55% – jakich przy tym używamy gestów, jest w rzeczywistości błędną interpretacją eksperymentów Alberta Mehrabiana, amerykańskiego psychologa i może się odnosić jedynie do sytuacji komunikacji naszych postaw i uczuć, nie zaś faktów (więcej: klik). Nie ulega jednak wątpliwości, że sposób naszej wypowiedzi może wspierać jej zrozumienie albo go utrudniać (więcej: klik).

Jak mówić, żeby słuchali?

Najchętniej słuchasz mnie, jeśli mówię w sposób spokojny i stonowany, więc jeśli chcę, aby moja wypowiedź lepiej dotarła do odbiorcy zmieniam ton mojego głosu na cichszy, a tempo wymawianych słów na wolniejsze. Ideałem jest dla mnie sposób wypowiedzi Vito Corleone, a później także Michaela Corleona z obu części „Ojca Chrzestnego”, którzy prawie zawsze mówią cicho i spokojnie, a wszyscy wokół milkną, żeby ich wysłuchać. Ich autorytet wiele by stracił, gdyby to samo mówili szybko i podniesionym głosem 😊

„Ojciec chrzestny II”

„Ojciec chrzestny I”

Dodatkowo – zwróciłam uwagę, że im mniej informacji przekazuję, tym bardziej ludzie są jej ciekawi. A jeśli nie są, to tym lepiej, że nie zmarnowałam energii na jej przekazanie 😉

Co jeszcze wzmacnia wypowiedź?

Chętniej mnie słuchasz, jeśli nie gestykuluję nadmiernie. Oczywiście, używanie ciała jako pomocy przy wypowiedzi jest ważne i potrzebne, jednak jeśli zataczam przez cały czas olbrzymie kręgi rękami, to mój  słuchacz strasznie się tym męczy i dodatkowo patrzenie na moje ręce odciąga jego uwagę od słuchania.

Ważne jest także patrzenie w oczy, przynajmniej raz na jakiś czas. Jeśli przez całą swoją wypowiedź unikam kontakt wzrokowego, nie budzę zaufania u swojego rozmówcy. Całkiem niedawno przeprowadzałam rozmowę rekrutacyjną do mojego zespołu i kandydatka ani razu podczas spotkania nie spojrzała mi w oczy. Unikanie przez nią kontaktu wzrokowego wpływało na mnie tak bardzo, że nie potrafiłam skupić się na tym, co mówi, uwierzyć w jej historię, a w rezultacie nie zaprosiłam jej do kolejnego etapu.

Pamiętam także, aby wyprostować kręgosłup i opuścić ramiona. Kiedy garbię się i chowam głowę między ramionami sprawiam, że mój rozmówca odbiera mnie jako osobę niepewną siebie, a także robię coś znacznie gorszego – wysyłam do swojego własnego mózgu sygnał, że się boję, że sytuacja, w której jestem, może być dla mnie zagrożeniem. W rezultacie mój mózg przełącza się na inne tryby, sprawiając, że cały mój organizm funkcjonuje jakby się przed czymś bronił: podnosi się ciśnienie, przyspiesza serce, moja uwaga staje się wybiórcza. Jeśli prostuję plecy i opuszczam ramiona podczas rozmowy, wysyłam do mózgu sygnał, że jestem zrelaksowana, a w takim stanie osiągam najwyższą efektywność i produktywność. Jeśli zatem chcę dobrze wypadać podczas rozmów, opuszczam ramiona i prostuję plecy. Nie dość, że dodaje mi to pewności siebie, to jeszcze uczę swój mózg, że rozmowa to nie jest sytuacja zagrożenia.

Kiedyś wierzyłam, że ludzie mnie słuchają, gdy mówię głośno, szybko, jak najwięcej, gestykulując bardzo wyraziście. Gdy odkrywałam, że ktoś mnie nie słucha, mówiłam jeszcze głośniej, jeszcze szybciej i jeszcze bardziej zwracałam na siebie uwagę gestykulacją. Oczywiście, nie słuchali mnie wtedy bardziej, a ja stawałam się coraz bardziej zdesperowana w próbach przyciągania ich uwagi. Któregoś razu kilka lat temu byłam bardzo zmęczona po maratonie wielu nadgodzin w pracy przez kilka dni z rzędu. Mimo tego zdecydowałam się na udział w spotkaniu ze znajomymi, choć najbardziej wtedy marzyłam o ciszy, spokoju i własnym łóżku. Pomyślałam, że pójdę na chwilę, nie będę za dużo gadać, bo nie mam siły, więc nie wzbudzę zainteresowania i łatwo wymknę się do domu. Mówiłam ciszej i mniej. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że znajomi nie odrywali ode mnie wzroku i przysuwali się bliżej, żeby dokładniej mnie posłuchać. Może tego dnia nie poszłam zbyt szybko spać, ale nauczyłam się ważnej rzeczy na temat komunikacji 😊

Czasem nadal mówię nawykowo zbyt szybko, zbyt głośno, czasem nadal się garbię. Jeśli tylko to dostrzegam, koryguję szybko moją postawę i ton głosu, by mój rozmówca słuchał mnie z większym zainteresowaniem. I – jak na razie – to działa 😊

Kiedy rozmawiam?

Pytanie w tytule wydaje się banalne i sama kiedyś myślałam, że nigdy go nie zadam. „Przecież rozmawiam wtedy, kiedy mówię do kogoś” – brzmi to dość rozsądnie, jednak gdyby tak właśnie było, komunikacja byłaby najprostszą czynnością, z jaką mamy na co dzień do czynienia. Tymczasem tak… NIE JEST. Zatem przyjrzyjmy się temu bliżej.

Komunikacja to rozmowa

W toku edukacji nauczyłam się myśleć, że rozmowa składa się ze słów i zdań, ułożonych w odpowiednim szyku. I z punktu widzenia naukowego takie myślenie jest jak najbardziej poprawne, gdyż Słownik Języka Polskiego definiuje rozmowę jako:

    • wzajemna wymiana myśli za pomocą słów
    • porozumiewanie się za pomocą słów; konwersacja, dyskusja, polemika, dysputa

Zwykle rozróżnia się dwa rodzaje komunikacji: werbalną i niewerbalną, przy czym za werbalną uznaje się właśnie rozmowę (słowa), a za niewerbalną wszystkie gesty, mimikę naszej twarzy czy intonację. I jakkolwiek z punktu widzenia naukowego taka definicja jest najzupełniej słuszna, w moim codziennym życiu okazała się mocno niepraktyczna. Dlaczego? Gdyż oddzielanie komunikacji werbalnej i niewerbalnej tworzyło wrażenie jakby te dwa procesy działy się od siebie niezależnie, jakby były obok siebie i nie miały ze sobą nic wspólnego.

Tymczasem często spotykała mnie sytuacja, gdy ktoś na moje pytanie (komunikacja werbalna) odpowiadał spojrzeniem (komunikacja niewerbalna), gdy z zaciśniętymi pięściami (komunikacja niewerbalna) mówiłam komuś, że z chęcią spełnię jego prośbę (komunikacja werbalna). Chciałabym, żeby to było jasne – moim celem nie jest obalanie teorii naukowych ani dyskutowanie z nimi. Uznałam natomiast, że dla mojego własnego dobra powinnam nieco w praktyce rozszerzyć definicję rozmowy:

Rozmowa to wzajemna wymiana myśli, porozumiewanie się za pomocą słów lub znaków.

Tym samym: rozmowa = komunikacja.

Po co mi definicje?

W życiu codziennym definicje nie są mi do niczego potrzebne (chociaż bardzo je lubię), dopóki nie dochodzi do konfliktu.  Jeśli komunikacja (rozmowa) przebiega bez zarzutu, definiowanie jej nie jest mi do niczego potrzebne.

Przykład:

Ja: Kochanie, zrób mi kanapkę.
Mąż: Dobrze, kochanie. Może być z serem?
Ja: Wolałabym z czym innym, nie lubię kanapek z serem.
Mąż: Mamy jeszcze dżem truskawkowy. Mogą być z dżemem?
Ja: Jasne. Dziękuję!

W powyższym przykładzie komunikacja przebiegła skutecznie – dostałam kanapkę i mogłam oddać się innym relaksującym czynnościom.

Spójrzmy zatem na inny przykład:

Ja: Kochanie, zrób mi kanapkę.
Mąż (wzdycha i zaciska pięści): Dobrze, kochanie. Może być z serem?
Ja (przewracam oczami): Tyle razy ci mówiłam, że nie znoszę sera.
Mąż (zaciska zęby i podnosi głos): No to z czym chcesz te kanapki?
Ja (z obrażoną miną): Bez łaski, już nie chcę.

W powyższym przykładzie początek rozmowy był podobny, jednak komunikacja niewerbalna (miny, gesty, intonacja) wpłynęła na dalszy jej przebieg. Oczywiście, żeby ustalić, co poszło nie tak, trzeba by tę sytuację prześledzić bardziej dokładnie, nie da się jednak ukryć, że to nie słowa zdecydowały o tym, że zamiast przyjemnej wymiany zdań, pojawił się konflikt. Tym samym – sama musiałam sobie zrobić kanapkę.

Zdecydowałam, że łatwiej będzie mi uniknąć konfliktów, gdy uznam, że gesty, miny i intonacja to elementy rozmowy, które mają na nią znaczący wpływ. Zdefiniowanie tego stało mi się potrzebne i przydatne. Podobnie jak w przypadku np. gdyby sąsiad z góry zalał mi mieszkanie, sięgam do umowy z towarzystwem ubezpieczeniowym  i sprawdzamy właśnie w definicjach, czy należy mi się za to jakakolwiek rekompensata, czy też akurat sytuacja zalania przez sąsiada z góry została wykluczona z polisy i jedynie o zwrot kasy mogę się ubiegać, gdy zaleje mnie sąsiad z dołu (prysznicem wycelowanym w sufit łazienki przez 3 godziny 😊). Sytuacja absurdalna, jednak mam nadzieję, że wyjaśnia, o co mi chodzi.

Reasumując – uznałam, że jeśli chcę się dogadywać z innymi, za samą rozmowę muszę uznać nie tylko słowa, a także całą komunikację pozawerbalną: gesty, mimika, zachowanie ciała, ton głos itp. Taka zmiana wiele mi ułatwia na co dzień i pozwala uniknąć wielu konfliktów😊 W jaki sposób? O tym Ci jeszcze opowiem.