Rozmowy ze sobą: medytacja

Odkąd pamiętam zawsze chciałam być NAJBARDZIEJ. W szkole miałam najlepsze oceny, pierwsza zgłaszałam się do odpowiedzi, brałam udział w konkursach, olimpiadach i je wygrywałam. Zawsze chwalona, podziwiana, a-skąd-ty-to-wszystko-wieszana.

Na studiach były dwa kierunki, dwie prace, wakacyjne wyjazdy edukacyjne lub pracujące, zaangażowanie w mnóstwo przeróżnych inicjatyw, nawet studencki teatr, w którym grałam niezapomnianą rolę lisicy 😉

Zawsze w biegu. Kanapki zjadane w tramwaju, gdy pędziłam z jednych zajęć na drugie (wtedy w Łodzi studenci mieli zajęcia w wielu różnych lokalizacjach), hackowanie systemu nauczania i transportu miejskiego. Sukces za sukcesem.

I nagle się zatrzymało. Nagle się skończyło. Okazało się, że już nie muszę się spieszyć, bo nie ma po co, nie ma dokąd. Przyszedł dół. Dół, z którego co jakiś czas podrywałam się do nowych zadań, w których mogłam być NAJBARDZIEJ – projektów rozwijanych podczas nadgodzin w pracy, poszukiwania i urządzania własnego mieszkania, wyjazdów. NAJBARDZIEJ działało na mnie jak narkotyk, przyciągało mnie i… wysysało. Dawało ogromną satysfakcję, a potem pozostawiało z poczuciem bezbrzeżnej pustki. Dopóki nie pojawiała się kolejna szansa na kolejne NAJBARDZIEJ, na kolejny sukces, nic mnie nie cieszyło, nic nie dawało satysfakcji.

Nowa droga

Gdy zaczęłam chodzić na zajęcia z medytacji, czułam się jakbym dołączała do jakiejś sekty – śpiewy, przygaszone światło, zamknięte oczy. Od pierwszych zajęć tutaj też chciałam być NAJBARDZIEJ – najszybciej się wszystkiego nauczyć, najlepiej praktykować, wyciszyć umysł tak, jak jeszcze nikt nigdy. I tu była moja lekcja pokory. Okazało się, że z umysłem nie da się w ten sposób osiągnąć wyciszenia. Że im bardziej próbujesz go zmusić do odpoczynku, tym bardziej on wędruje. Myślałam sobie wtedy – skoro nie mogę być najlepsza, NAJBARDZIEJ wyciszona, to rezygnuję, nie ma to żadnego sensu.

Coś mi jednak podszeptywało, żeby pójść jeszcze na kilka zajęć. Na jednych z nich poczułam, co to znaczy obserwować własne myśli, na kolejnych ogarnął mnie w końcu prawdziwy spokój i odpuścił stres. Okazało się, że zmiany zaczęły przychodzić powoli. Nie potrzeba było spektakularnych efektów, żebym poczuła się lepiej. Co więcej – okazało się, że w medytacji w ogóle nie muszę być NAJBARDZIEJ, nie muszę być najlepsza, najszybsza, najbardziej elokwentna czy błyskotliwa.

Wreszcie poczułam ulgę. Medytacja uwolniła mnie od konieczności bycia NAJBARDZIEJ, od mojego narkotyku. Teraz mogę być taka, jaka chcę. Mogę wreszcie stać się sobą 😊

Jedna odpowiedź do “Rozmowy ze sobą: medytacja”

  1. Kochana, dziękuję Ci za ten wpis, pobudza mnie do refleksji i ponownego spojrzenia na siebie. Bardzo pozytywnie! Cieszę się, że podzieliłaś się swoją oazą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *