Rozmowy ze sobą: wdzięczność

Zanim zaczęłam interesować się rozwojem osobistym słowo „wdzięczność” nie budziło u mnie zbyt dobrych skojarzeń. W moim życiu sytuacje związane z okazywaniem wdzięczności były zwykle pełne zobowiązania, trochę poczucia winy, a przede wszystkim wzajemności. Tak jak wtedy, gdy słyszałam, że należy okazać wdzięczność komuś, kto coś dla nas dobrego zrobił, na co za bardzo nie zasługiwaliśmy. Wdzięczność była czymś, co należy okazać, a nie tym, co można poczuć.

Dlatego gdy pierwszy raz natknęłam się na badana mówiące o tym, że wdzięczność jest kluczem do szczęścia, że praktykowanie wdzięczności sprawia, że czujemy się lepiej, byłam trochę nieufna. Nie potrafiłam nawet wyobrazić sobie, jak można odczuwać wdzięczność. Skoro jednak tak wiele badań pokazywało, że to droga do mojego szczęścia, postanowiłam spróbować.

Czym dla mnie jest praktyka wdzięczności?

Codziennie wieczorem staram się znaleźć chwilę na refleksję. Obserwuję w sieci wiele osób, które mówią, że to poranek jest dla nich tym czasem, kiedy mogą być sami ze sobą, panuje też w literaturze dotyczącej rozwoju osobistego swoista moda na poranne wstawanie i praktykowanie dobrych nawyków m.in. wdzięczności. Ja jednak na ten moment nie potrafię rozpoczynać dnia wcześniej, więc planuję sobie taki refleksyjny czas przed snem.

Wdzięczność to dla mnie nic innego jak zbieranie, kolekcjonowanie w pamięci momentów dobra. Zamykam oczy i zastanawiam się przez chwilę, co dobrego mnie dzisiaj spotkało. Szukam 5 miłych wspomnień – takich momentów, które mimo wszystko sprawiły, że uśmiechnęłam się odrobinę. Staram się je zapisać, nie rezygnuję jednak z tej praktyki, jeśli akurat nie mam pod ręką niczego do pisania.

Ważne jest, by znów na chwilę te dobre doświadczenia poczuć. Zatrzymuję się przy nich myślami i przypominam sobie wszystkie odczucia zmysłowe, które je otaczały: Co słyszałam? Co widziałam? Jaki zapach poczułam? Jakie były moje wrażenia dotykowe?

Podczas niektórych dni praktyka wdzięczności jest dużym wyzwaniem – dziś na przykład moja zaawansowana ciąża dawała mi się fizycznie bardzo we znaki, nie mogłam zapanować nad wieczornym rytuałem mojego czteroletniego syna, nie udała mi się żadna rzecz w kuchni, a wszystko, co przeczytałam czy obejrzałam uświadamiało mi, jak daleka przede mną droga do tego, kim chcę być.  Na liście powodów do wdzięczności zapiszę jednak miłe spotkanie z koleżanką, dobrą herbatę, przytulanie z synem, ważną rozmowę z mężem i udaną drzemkę.

Zawsze możemy znaleźć powody do wdzięczności, jeśli tego chcemy. Przyznam się szczerze, że czasem mam takie dni, że rzeczywistość przytłacza mnie tak bardzo, że wcale nie chce mi się szukać dobra wokół siebie, wolę sobie posiedzieć przez chwilę w tej czarnej dziurze, w jaką wpadłam. I pozwalam sobie na to przez krótki czas i… jestem wdzięczna, że mogę sobie właśnie na taką słabość pozwolić 😊

Kiedy uciekam

Co robisz, gdy jest Ci trudno? Gdy nagle rzeczywistość okazuje się być zupełnie nie taka, jak „miała” być? Co robisz, gdy masz za dużo trudnych emocji? Ja uciekam.

Długo nie zdawałam sobie sprawy, że moje zachowania w takich chwilach mogą być ucieczką. Tłumaczyłam sobie, że to zmęczenie, przepracowanie, potrzeba odpoczynku. Dialog ze sobą i empatyczne przyjrzenie się swoim potrzebom pomogły mi zidentyfikować moje najczęstsze sposoby na ucieczkę od rzeczywistości.

Seriale i filmy

Nie każdy serial czy film jest dla mnie ucieczką od trudnej rzeczywistości. Oczywiście, wiele z nich pozwala przenieść się w zupełnie inny świat, doświadczyć czegoś nowego i one nie są dla mnie ucieczką od mojego życia, tylko wycieczką do innego świata, z której mogę wrócić bogatsza i mądrzejsza. Po czym poznaję, że uciekam? Wiele lat temu przechodziłam bardzo poważną rewolucję w moim życiu prywatnym. Był to bardzo wyczerpujący dla mnie czas emocjonalnie. Moją ucieczką wtedy było oglądanie w zapętleniu dwóch filmów: „Zmierzch” i „Księżyc w nowiu”. Kto z Was kiedyś widział ten filmy, ten wie, że ani treść, ani forma tych filmów nie są zbyt skomplikowane. Uciekałam wtedy od mojej rzeczywistości do tamtego świata, nie chciałam być u siebie, chciałam być właśnie tam, jakkolwiek tamten świat w filmach wyglądał, wydawał mi się prostszy i przyjemniejszy od mojego. Czasem opowiadam tę historię jako anegdotę. Wiem jednak, że to zachowanie świadczyło o tym, jak bardzo trudny emocjonalnie czas przechodziłam. W tamtym czasie nie potrafiłam jednak ze sobą rozmawiać i opiekować się sobą na tyle, żeby to zauważyć.

Jestem o parę lat starsza 😉 Nadal w trudnym dla mnie czasie zdarza mi się „wkręcić” w fabułę jakiegoś prostego serialu, traktując go jak ucieczkę od rzeczywistości. Czasem emocje są dla mnie tak trudne, że nie od razu się orientuję, że uciekam.

Kryminały

Lubię wciągające książki, a kryminały to mój ulubiony gatunek. Nauczyłam się, że jeśli kryminał czytam od czasu do czasu, to jest to „zdrowa” rozrywka, jeśli jednak po przeczytaniu jednego natychmiast sięgam po drugi, a potem kolejny, muszę sprawdzić, czy nie jestem właśnie w trakcie uciekania od rzeczywistości.

Sen

Sen jest potrzebny każdemu, a jeśli przechodzę trudne chwile, moje zmęczenie, a zarazem zapotrzebowanie na sen wzrasta. Czasem jednak sen staje się dla mnie ucieczką. Nie mam sił na mierzenie się z rzeczywistością, na trudne emocje, więc idę spać. Robię sobie drzemki, z których ciężko mi się wybudzić. Celowo zwiększam podaż cukrów w diecie, żeby szybciej mnie odcinało. Nie budzę się wypoczęta, tylko jeszcze bardziej zmęczona.

Od pewnego czasu wiem, że w ucieczkach nie ma niczego złego. Chcę jednak mierzyć się z trudnymi emocjami, chcę mieć ich świadomość. Czasem moje ucieczki odcinały mnie od kontaktu z moimi emocjami, a to powodowało, że mierzyłam się z nimi dłużej lub że w ogóle nie potrafiłam sobie z nimi poradzić. Dziś staram się przyglądać sobie i zauważać. Jeśli widzę, że uciekam, to zastanawiam się od czego. Jakie emocje są dla mnie zbyt trudne, że nie chcę się z nimi zmierzyć?

A Ty co robisz z trudnymi emocjami, z nieprzyjemnymi doświadczeniami?

Po co nam empatia?

Gdy postanowiłam, że napiszę tekst o empatii, dotarło do mnie, że sama nie potrafię jej znaczenia zrozumieć i zdefiniować, mimo że intuicyjne wyczuwałam, co ona może znaczyć. Jednocześnie empatia wydawała mi się odpowiedzią na wszystkie wyzwania społeczne naszych czasów takie jak dyskryminacja, przemoc czy terroryzm.

Zgłębiając temat trafiłam na informację, że pacjenci, którzy są traktowani przez lekarza bez empatii, gorzej przestrzegają jego zaleceń = szkodzą swojemu zdrowiu. Czy to znaczy, że empatia innych jest nam potrzebna do przeżycia? Jak ważna jest empatia w naszym życiu?

Na te pytania spróbuję odpowiedzieć w poniższym tekście.

Co wiemy o empatii?

Badacze zdefiniowali dwa rodzaje empatii: emocjonalną („czuję to, co Ty”) oraz poznawczą („rozumiem, co czujesz”). Pierwszy typ wiąże się z przyjmowaniem stanów emocjonalnych drugiej osoby, zaś w tym drugim typie przyjmujesz perspektywę drugiej osoby bez doświadczania jej stanów emocjonalnych.  Sam ten podział nie ma w praktyce większego znaczenia, zwłaszcza że najczęściej nasze reakcje empatyczne składają się z obu tych typów i są trochę emocjonalne, a trochę poznawcze, dowodzi jednak, że sam brak odczuwania emocji innej osoby nie pozbawia nas możliwości empatii – możemy jej sytuację po prostu rozumieć.

Zdolność do odczuwania empatii jest dziedziczna, jednak może i powinna być rozwijana. Najbardziej skutecznym sposobem na rozwój empatii jest medytacja. Dowiedziono, że gdy w programach szkolnych uwzględnia się rozwój empatii u dzieci i budowanie kultury empatii, ta umiejętność znacząco wzrasta. U dorosłych już samo wyobrażanie sobie perspektywy innej osoby, takie czysto umysłowe, intelektualne, nie tylko rozwija empatię, ale także ogranicza błędy poznawcze. Często w komunikacji wyciągamy błędne wnioski, które prowadzą do błędnych decyzji, jeśli opieramy się jedynie na własnej perspektywie. Szefowie marketingu i sprzedaży wiedzą o tym od dawna, że lepsze rozumienie drugiej strony pozwala na osiąganie wyższych wyników i coraz częściej stosują podejście oparte na empatii (KLIK: empathy-based marketing) w promocji swoich produktów. To tylko dowodzi, jakim potężnym narzędziem może być empatia.

Po co nam empatia?

No dobrze, to wszystko ciekawe, tylko co nam daje empatia? Każdemu z nas osobiście? Jakie mamy egoistyczne korzyści z empatii? Badania pokazują, że dzięki empatii możemy być bardziej kreatywni, a także budować lepsze relacje. Osoby z wyższym poziomem empatii są mniej uprzedzone i mniej agresywne, a także według badań tworzą dużo bardziej satysfakcjonujące związki. A szczęśliwe związki to podstawa szczęśliwego życia. Czyli prosty wniosek – chcesz być szczęśliwszy, rozwijaj swoją empatię.

Jak to robić? Można zainspirować się historią George’a Orwella, znanego pisarza, autora m.in. Folwarku zwierzęcego i 1984. W latach 20. XX wieku przeprowadził on tzw. „eksperyment empatyczny”, który wpłynął na całą jego twórczość. Pisarz pochodził z uprzywilejowanej grupy społecznej, uczęszczał do Eton, był także funkcjonariuszem policji w jednej z kolonii brytyjskich. W pewnym momencie uświadomił sobie jednak, że bardzo niewiele wie o swoim państwie, a szczególnie o ludziach, którzy żyją na marginesie i naprawdę doświadczają życia. Zdecydował więc, że zostanie włóczęgą. Swoje przeżycia opisał w powieści Na dnie w Paryżu i w Londynie, a zebrany materiał literacki posłużył mu jako baza do jego twórczości do końca jego życia. Rozwinął także w sobie ciekawość drugiego człowieka, która pozwoliła mu lepiej portretować postaci literackie. Można więc pokusić się o wniosek, że stał się wybitnym pisarzem właśnie dzięki temu, że rozwinął w sobie empatię, że „wszedł w buty” innego człowieka, lepiej go poznał i zrozumiał.

Jak empatia zmienia świat?

Deficyt empatii jest od lat wskazywany jako główna przyczyna problemów dzisiejszego świata, m.in. w przemówieniach Barracka Obamy. Mówi się także o tym, że brak empatii jest powodem, dla którego nie angażujemy się w ochronę środowiska – nie jesteśmy w stanie przyjąć perspektywy naszych dzieci i podejmować decyzji, kierując się ich emocjami. Tymczasem zrozumienie rzeczywistości innego człowieka może stać się silnym motorem zmian społecznych – tak właśnie np. zostało zniesione niewolnictwo. Zaczęło się od empatii.

Wszyscy poszukujemy szczęścia. Filozof Roman Krznaric zdefiniował wiek XX jako czas introspektywny – gdy człowiek szukał szczęścia w samopoznaniu, w spoglądaniu w głąb siebie, co nie przyniosło mu jednak spodziewanych efektów. Krznaric uważa, że wiek XXI powinien być czasem „outrospektywnym”, czasem budowania wiedzy o sobie przez pryzmat relacji, czasem wychodzenia poza własną perspektywę. Można to osiągać przede wszystkim poprzez wzmacnianie empatii. Taka droga może nas zaprowadzić do szczęścia.

Na koniec chciałabym Wam opowiedzieć historię, która pokazała mi, jak ważne jest, by empatia stawała się naszym drogowskazem w życiu. Dzięki niej zrozumiałam, że ta dość prosta umiejętność może naprawdę zmieniać świat i sprawiać, że stanie się znacznie lepszy. Poniżej mój krótki opis, a całość znajdziecie w video z konferencji TED, które Wam załączam.

W 2012 roku, gdy wojna między Izraelem a Iranem wydawała się nieuchronna, izraelski grafik Ronny Edry zamieścił na Facebooku plakat ze zdjęciem swoim i swojej córki oraz słowami „Irańczycy… kochamy Was”. Ten akt spowodował odpowiedź po stronie Irańczyków, którzy także zaczęli zamieszczać podobne plakaty na swoich mediach społecznościowych. Po niedługim czasie Facebook stał się pełen plakatów ze zdjęciami ludzi i hasłami mówiącymi o miłości między obywatelami Iranu i Izraela, a nawet Palestyny i Izraela. Ten prosty akt to dowód na to, że nawet jeśli na poziomie rządów panuje nienawiść i dążenie do konfliktu, na poziomie zwykłego człowieka nadal jest miejsce na empatię i pokój. Gorąco i osobiście wierzę, że szerzenie takiej postawy sprawi w końcu, że świat będzie naprawdę lepszy.

Cudownie, że w tym przedświątecznym czasie stajemy się bardziej empatyczni, częściej słyszymy i mówimy o losie innych, angażujemy się w pomoc. Zawsze się wzruszam na wieść o tych wszystkich wspaniałych inicjatywach charytatywnych. Ważne jest, byśmy pielęgnowali w sobie to dobro dalej przez cały rok, by empatia, przyjmowanie perspektywy innego człowieka były zawsze naszym nawykiem i sposobem działania. Wszyscy na tym skorzystamy i świat ma szansę stać się lepszy.

Tego właśnie z okazji świąt, niezależnie od tego gdzie, jak i z kim je obchodzicie lub nie, Wam i sobie gorąco życzę 😊

Uczę się słuchać

Pisałam ostatnio, dlaczego według mnie nie słuchamy siebie nawzajem. Każdy z nas myśli głównie o sobie, co jest naturalne, bo do siebie mamy najbliżej, a dodatkowo nasza tzw. kultura zachodnia to myślenie o sobie, realizację siebie itp. bardzo wzmacnia. To sprawia, że często nawet będąc z innymi czujemy się samotni, niezrozumiani i nie potrafimy nawiązać głębokich relacji. Tymczasem właśnie to budowanie głębokich relacji z innymi to jeden z kluczowych elementów naszego szczęścia.

A zatem co możemy zrobić, żeby budować lepsze i głębsze relacje? Moim zdaniem – więcej słuchać. Tyle że nie chodzi o to, żeby gapić się bezrefleksyjnie na inną mówiącą osobę, myśląc o swoich sprawach, ale żeby naprawdę w to słuchanie się zaangażować.

Od czterech lat jestem mamą, niedługo także podwójną, więc od pewnego czasu (konkretnie od czasów buntu dwulatka, z którym nie potrafiłam sobie poradzić) zgłębiam najnowszą wiedzę na temat wychowania i porozumiewania się z dziećmi. Każda z książek, którą przeczytałam (Self-Reg, Pozytywna Dyscyplina, słynne „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły, Agnieszka Stein itp.) zwraca szczególną uwagę na to, że aby budować więź z dzieckiem przede wszystkim należy go wysłuchać. Nie: pozwolić im mówić w czasie, gdy jesteśmy zajęci praniem czy sprzątaniem, ale rzeczywiście skupić się na tym, co dziecko mówi.

Słuchanie

Podobnie działa to u dorosłych – budujemy więź poprzez aktywne słuchanie. Uczę się tego od niedawna, wcześniej też miałam nawyk przekrzykiwania się komunikatami z moimi rozmówcami i skupiania się na sobie. Bardzo przydają mi się tutaj następujące techniki:

    1. Parafrazowanie, czyli potwierdzanie tego, co inna osoba powiedziała własnymi słowami. Celem tego jest po pierwsze sprawienie, że druga osoba czuje się słuchana, a po drugie skupienie naszego mózgu na jej wypowiedzi. Przykład takiej rozmowy poniżej:

– I wtedy on zaczął na mnie krzyczeć, że w ogóle nie wiem, co robię.
– Podniósł na głos?
– Tak, i w dodatku zrobił się cały czerwony na twarzy i zaczął sapać! I coraz bardziej się nakręcał!
– Mówisz, że to go aż tak zdenerwowało, że zrobił się czerwony na twarzy?
– Właśnie tak. No i ja też się wkurzyłam, bo przecież nie będzie się na mnie wydzierał.
– Acha… Wkurzyłaś się.
– No strasznie!

    1. Zadawanie pytań odnoszących się do emocji (z wyczuciem!) np. jak się czułaś na wakacjach? Jak się czułaś w tej sytuacji? Itp. Ważne jest tutaj, by tych uczuć nie oceniać, więc jeśli nie mam w sobie gotowości na to, żeby usłyszeć, że ktoś radzi sobie z trudnymi emocjami, nie zadaję takich pytań.

    2. Zadawanie pytań pełnych ciekawości. Często pytamy np. naszego partnera czy dziecko, jak było w pracy/w szkole, na co z reguły odpowiadają jednym słowem, zdaniem i na tym rozmowa się kończy. Zamiast tego można zapytać: Co miłego ci się dzisiaj przytrafiło? Z kim się dzisiaj bawiłeś? Czego słuchałeś w drodze do pracy? Czego nowego się nauczyłeś?

Takie pytania zachęcają do dłuższych i głębszych rozmów.

Przy słuchaniu ważne jest także, by nie oceniać drugiej osoby i tego, co mówi, zwłaszcza jeśli mówi o emocjach. Warto przyjąć sobie założenie, że emocje są zawsze prawdziwe i nie ma złych emocji. Złość, strach czy przygnębienie są tylko informacjami, że dana sytuacja nie jest dla nas dobra. Często zaprzeczamy tym emocjom zarówno u siebie, jak i u naszego rozmówcy („Nie bądź na niego zły, on tylko chciał pomóc”, „Nie bój się, przecież nic złego się nie wydarzy”). Takie podejście nie buduje zaufania i nie pogłębia relacji.

Mnie też czasem nawykowo zdarza mi się mówić do mojego męża, żeby się nie złościł (zwłaszcza jeśli złości się na mnie) i bardzo dobrze mi robi, jeśli on mi w tym momencie przypomina, że może czuć to, co chce. Takie przypominanie jest nam wszystkim potrzebne. Mamy prawo czuć to, co czujemy.

A na koniec małe ćwiczenie – w najbliższej rozmowie wykorzystaj jedną z powyższych technik aktywnego słuchania i sprawdź, w jaki sposób wpływa to na przebieg rozmowy i relację. I koniecznie daj mi znać, jak Ci poszło 😊

Zdjęcie: Unsplash, royalty free

Dlaczego mnie nie słuchasz?

Dlaczego mnie nie słuchasz? To proste. Jesteś zbyt zajęta sobą, żeby słuchać, co do Ciebie mówię. Myślisz o sobie, o Twoim życiu, o Twojej walce, nie chcesz słuchać o mojej. To Ty jesteś najważniejsza, Twoje myśli, Twoje lęki, Twoje sprawy, Twoje decyzje. O czym do Ciebie mówię? O mnie? Nie…, nie będziesz tego słuchać, musisz skupić się na sobie. To Ty jesteś najważniejsza. Chcesz rozmawiać o sobie, chętnie mi opowiesz, z czym się teraz zmagasz. Nie po to, żeby wysłuchać zaraz potem mojej historii, tylko żebym ja wysłuchała Twojej. Rozmawiajmy o Tobie.

Dlaczego mnie nie słuchasz? Bo chcesz, żebym to ja Cię wysłuchała. Nikt nigdy nie chciał Cię wysłuchać, więc nie nauczyłaś się słuchać. Szukasz kogoś, kto Cię wreszcie wysłucha. Nie mam czasu? Poszukasz innego słuchacza.

Dlaczego mnie nie słuchasz? Nie możesz skupić się na mnie, bo przestaniesz myśleć o sobie, a jak Ty przestaniesz, to kto o Tobie pomyśli? Jak Ty sama nie będziesz analizować swoich problemów, to kto je za Ciebie przeanalizuje?

A co by było, gdybyś wyszła na chwilę ze swojego kokonu myśli i lęków, aby wysłuchać drugiej osoby? Boisz się, że sama nie zostaniesz wysłuchana? Jeśli poświęcisz czas i uwagę, żeby przyjrzeć się drugiej osobie, to czy nie zabraknie ich potem dla Ciebie?

Na co dzień zajmujemy się sobą, swoimi lękami i swoją walką. Boimy się, że poświęcając uwagę innym, stracimy przez to siebie i znikniemy w gąszczu spraw innych ludzi. Chcemy czuć się ważni.

Tymczasem prawdziwa rozmowa zaczyna się właśnie tam, gdzie przestajemy myśleć tylko o sobie i skupiamy się na drugim człowieku. Okazując mu uwagę i troskę stajemy się ważni, stajemy się najważniejsi dla niego. Przestajemy wymieniać serię monologów, których nikt nie słucha, a uczestniczymy w prawdziwej rozmowie. Nasza ważność nie leży tam, gdzie mówimy, a tam, gdzie słuchamy. Im więcej słuchamy, tym stajemy się ważniejsi dla tych, których wysłuchaliśmy.

Nie słuchasz mnie, bo ja nie słucham Ciebie.

Rozmowy ze sobą: medytacja

Odkąd pamiętam zawsze chciałam być NAJBARDZIEJ. W szkole miałam najlepsze oceny, pierwsza zgłaszałam się do odpowiedzi, brałam udział w konkursach, olimpiadach i je wygrywałam. Zawsze chwalona, podziwiana, a-skąd-ty-to-wszystko-wieszana.

Na studiach były dwa kierunki, dwie prace, wakacyjne wyjazdy edukacyjne lub pracujące, zaangażowanie w mnóstwo przeróżnych inicjatyw, nawet studencki teatr, w którym grałam niezapomnianą rolę lisicy 😉

Zawsze w biegu. Kanapki zjadane w tramwaju, gdy pędziłam z jednych zajęć na drugie (wtedy w Łodzi studenci mieli zajęcia w wielu różnych lokalizacjach), hackowanie systemu nauczania i transportu miejskiego. Sukces za sukcesem.

I nagle się zatrzymało. Nagle się skończyło. Okazało się, że już nie muszę się spieszyć, bo nie ma po co, nie ma dokąd. Przyszedł dół. Dół, z którego co jakiś czas podrywałam się do nowych zadań, w których mogłam być NAJBARDZIEJ – projektów rozwijanych podczas nadgodzin w pracy, poszukiwania i urządzania własnego mieszkania, wyjazdów. NAJBARDZIEJ działało na mnie jak narkotyk, przyciągało mnie i… wysysało. Dawało ogromną satysfakcję, a potem pozostawiało z poczuciem bezbrzeżnej pustki. Dopóki nie pojawiała się kolejna szansa na kolejne NAJBARDZIEJ, na kolejny sukces, nic mnie nie cieszyło, nic nie dawało satysfakcji.

Nowa droga

Gdy zaczęłam chodzić na zajęcia z medytacji, czułam się jakbym dołączała do jakiejś sekty – śpiewy, przygaszone światło, zamknięte oczy. Od pierwszych zajęć tutaj też chciałam być NAJBARDZIEJ – najszybciej się wszystkiego nauczyć, najlepiej praktykować, wyciszyć umysł tak, jak jeszcze nikt nigdy. I tu była moja lekcja pokory. Okazało się, że z umysłem nie da się w ten sposób osiągnąć wyciszenia. Że im bardziej próbujesz go zmusić do odpoczynku, tym bardziej on wędruje. Myślałam sobie wtedy – skoro nie mogę być najlepsza, NAJBARDZIEJ wyciszona, to rezygnuję, nie ma to żadnego sensu.

Coś mi jednak podszeptywało, żeby pójść jeszcze na kilka zajęć. Na jednych z nich poczułam, co to znaczy obserwować własne myśli, na kolejnych ogarnął mnie w końcu prawdziwy spokój i odpuścił stres. Okazało się, że zmiany zaczęły przychodzić powoli. Nie potrzeba było spektakularnych efektów, żebym poczuła się lepiej. Co więcej – okazało się, że w medytacji w ogóle nie muszę być NAJBARDZIEJ, nie muszę być najlepsza, najszybsza, najbardziej elokwentna czy błyskotliwa.

Wreszcie poczułam ulgę. Medytacja uwolniła mnie od konieczności bycia NAJBARDZIEJ, od mojego narkotyku. Teraz mogę być taka, jaka chcę. Mogę wreszcie stać się sobą 😊

Gdy wstyd przejmuje kontrolę

Trudno się zaczyna.

W Internecie, a szczególnie w mediach społecznościowych, panują dość specyficzne zwyczaje. Jeśli prowadzisz jakiś blog, to dajesz się ludziom poznać, odkrywasz się – czasem mniej, czasem bardziej. Niektórzy twórcy pokazują swoje codzienne rytuały pielęgnacji, inni swój dom, jeszcze inni swoje dzieci, a część opowiada bez ograniczeń o sobie i przedstawia swoje opinie. Czytamy to, oglądamy, interesuje nas to. Chcemy wiedzieć, jak inni żyją, zajrzeć im do codzienności, do domów, porównać ze swoim życiem i uświadomić sobie: „Ha! Ja mam lepiej!” lub zainspirować się do zmian, żeby coś poprawić. Tacy jesteśmy. Jedni bardziej, inni mniej.

I któregoś dnia w tym całym gąszczu twórców/blogerów, którzy opowiedzieli już chyba wszystko, którzy pokazali każdy aspekt życia, pojawia się ktoś nowy. Pojawiam się ja. Chcę coś opowiedzieć, chcę się podzielić moją historią. I czuję wstyd. Co mam Ci powiedzieć, czego jeszcze nie wiesz, nie słyszałeś? Jak przyciągnąć Twoją uwagę? Jak być autentycznym?

Zawstydza mnie odkrywanie siebie, pokazywanie mojego prawdziwego oblicza, boję się oceny, krytyki, odrzucenia. Boję się, że okaże się, że wcale nie jestem fajna, że nie mam racji, że to, co piszę czy mówię jest bez sensu. Chcę się dzielić moimi historiami, a jednocześnie blokuje mnie wstyd przed publicznym zabieraniem głosu. I strach.

Szukam w sobie odwagi. Czytam, że innych też krytykują, że to ich nie powstrzymuje. Oglądam i słucham Brene Brown, która mówi, że prawdziwa odwaga to odkrywanie własnej wrażliwości przed innymi, wystawianie się na wstyd.

Chcę być odważna. Będę odważna.

A poniżej kilka słów Theodora Roosevelta z przemowy zatytułowanej „Obywatelstwo w Republice”, znanej również jako „Człowiek na arenie”, wygłoszonej 23 kwietnia 1910 roku, w Paryżu na Sorbonie:

„Nie krytyk się liczy, nie człowiek, który wskazuje, jak potykają się silni albo co inni mogliby zrobić lepiej.
Chwała należy się mężczyźnie na arenie, którego twarz jest umazana błotem, potem i krwią, który dzielnie walczy, który wie, co to jest wielki entuzjazm, wielkie poświęcenie, który ściera się w słusznych sprawach, który w swych najlepszych chwilach poznał tryumf wielkiego wyczynu, a w najgorszych, gdy przegrywa, to przynajmniej przegrywa z odwagą, nie chcąc, aby jego miejsce było wśród chłodnych i nieśmiałych dusz, które nigdy nie poznały ani smaku zwycięstwa, ani smaku porażki.”

Te słowa wielokrotnie przytacza Brene Brown jako te, które zainspirowały ją do odważnego życia.

*Zdjęcie otwierające z 2013 roku, pierwszy raz ukazało się na moim blogu o modzie i szyciu Pracownia Krawiecka Żanety Żyrafko

Kiedy mnie słuchasz

Co sprawia, że masz ochotę mnie słuchać? Kiedy to, co mówię, jest dla Ciebie najciekawsze, kiedy wzbudza Twoje największe zainteresowanie? Odpowiedź jest prosta – kiedy mówię w określony sposób. Nie to, co mówię, lecz to, jak to robię, sprawia, że chcesz mnie wysłuchać do końca.

Pewnie już kiedyś obiło Ci się o uszy, że najważniejsza w komunikacji jest mowa ciała. Często powtarzana zasada 7-38-55, która mówi, że dla naszego słuchacza tylko w 7% ważne jest to, co mówimy, w 38% – jakim tonem to przekazujemy, a w 55% – jakich przy tym używamy gestów, jest w rzeczywistości błędną interpretacją eksperymentów Alberta Mehrabiana, amerykańskiego psychologa i może się odnosić jedynie do sytuacji komunikacji naszych postaw i uczuć, nie zaś faktów (więcej: klik). Nie ulega jednak wątpliwości, że sposób naszej wypowiedzi może wspierać jej zrozumienie albo go utrudniać (więcej: klik).

Jak mówić, żeby słuchali?

Najchętniej słuchasz mnie, jeśli mówię w sposób spokojny i stonowany, więc jeśli chcę, aby moja wypowiedź lepiej dotarła do odbiorcy zmieniam ton mojego głosu na cichszy, a tempo wymawianych słów na wolniejsze. Ideałem jest dla mnie sposób wypowiedzi Vito Corleone, a później także Michaela Corleona z obu części „Ojca Chrzestnego”, którzy prawie zawsze mówią cicho i spokojnie, a wszyscy wokół milkną, żeby ich wysłuchać. Ich autorytet wiele by stracił, gdyby to samo mówili szybko i podniesionym głosem 😊

„Ojciec chrzestny II”

„Ojciec chrzestny I”

Dodatkowo – zwróciłam uwagę, że im mniej informacji przekazuję, tym bardziej ludzie są jej ciekawi. A jeśli nie są, to tym lepiej, że nie zmarnowałam energii na jej przekazanie 😉

Co jeszcze wzmacnia wypowiedź?

Chętniej mnie słuchasz, jeśli nie gestykuluję nadmiernie. Oczywiście, używanie ciała jako pomocy przy wypowiedzi jest ważne i potrzebne, jednak jeśli zataczam przez cały czas olbrzymie kręgi rękami, to mój  słuchacz strasznie się tym męczy i dodatkowo patrzenie na moje ręce odciąga jego uwagę od słuchania.

Ważne jest także patrzenie w oczy, przynajmniej raz na jakiś czas. Jeśli przez całą swoją wypowiedź unikam kontakt wzrokowego, nie budzę zaufania u swojego rozmówcy. Całkiem niedawno przeprowadzałam rozmowę rekrutacyjną do mojego zespołu i kandydatka ani razu podczas spotkania nie spojrzała mi w oczy. Unikanie przez nią kontaktu wzrokowego wpływało na mnie tak bardzo, że nie potrafiłam skupić się na tym, co mówi, uwierzyć w jej historię, a w rezultacie nie zaprosiłam jej do kolejnego etapu.

Pamiętam także, aby wyprostować kręgosłup i opuścić ramiona. Kiedy garbię się i chowam głowę między ramionami sprawiam, że mój rozmówca odbiera mnie jako osobę niepewną siebie, a także robię coś znacznie gorszego – wysyłam do swojego własnego mózgu sygnał, że się boję, że sytuacja, w której jestem, może być dla mnie zagrożeniem. W rezultacie mój mózg przełącza się na inne tryby, sprawiając, że cały mój organizm funkcjonuje jakby się przed czymś bronił: podnosi się ciśnienie, przyspiesza serce, moja uwaga staje się wybiórcza. Jeśli prostuję plecy i opuszczam ramiona podczas rozmowy, wysyłam do mózgu sygnał, że jestem zrelaksowana, a w takim stanie osiągam najwyższą efektywność i produktywność. Jeśli zatem chcę dobrze wypadać podczas rozmów, opuszczam ramiona i prostuję plecy. Nie dość, że dodaje mi to pewności siebie, to jeszcze uczę swój mózg, że rozmowa to nie jest sytuacja zagrożenia.

Kiedyś wierzyłam, że ludzie mnie słuchają, gdy mówię głośno, szybko, jak najwięcej, gestykulując bardzo wyraziście. Gdy odkrywałam, że ktoś mnie nie słucha, mówiłam jeszcze głośniej, jeszcze szybciej i jeszcze bardziej zwracałam na siebie uwagę gestykulacją. Oczywiście, nie słuchali mnie wtedy bardziej, a ja stawałam się coraz bardziej zdesperowana w próbach przyciągania ich uwagi. Któregoś razu kilka lat temu byłam bardzo zmęczona po maratonie wielu nadgodzin w pracy przez kilka dni z rzędu. Mimo tego zdecydowałam się na udział w spotkaniu ze znajomymi, choć najbardziej wtedy marzyłam o ciszy, spokoju i własnym łóżku. Pomyślałam, że pójdę na chwilę, nie będę za dużo gadać, bo nie mam siły, więc nie wzbudzę zainteresowania i łatwo wymknę się do domu. Mówiłam ciszej i mniej. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że znajomi nie odrywali ode mnie wzroku i przysuwali się bliżej, żeby dokładniej mnie posłuchać. Może tego dnia nie poszłam zbyt szybko spać, ale nauczyłam się ważnej rzeczy na temat komunikacji 😊

Czasem nadal mówię nawykowo zbyt szybko, zbyt głośno, czasem nadal się garbię. Jeśli tylko to dostrzegam, koryguję szybko moją postawę i ton głosu, by mój rozmówca słuchał mnie z większym zainteresowaniem. I – jak na razie – to działa 😊

Jak rozmawiam z nieznajomym?

Czy rozpoczęcie rozmowy z kimś zupełnie dla Ciebie obcym budzi czasem Twój lęk i niepewność? Nie wiesz, jak zacząć rozmowę, jak ją poprowadzić? Obawiasz się ciszy, która może nastąpić, gdy nie będziecie mieli sobie już nic do powiedzenia? Jeśli tak, mam nadzieję, że poniższy tekst pozwoli Ci lepiej się poczuć w takich sytuacjach.

Ja bardzo lubię rozmawiać z osobami, których nie znam. Oczywiście, są dni, kiedy w ogóle nie mam ochoty z nikim rozmawiać, szczególnie z nieznajomymi, jednak z reguły takie rozmowy sprawiają mi mnóstwo przyjemności. Stosuję przy tym kilka technik, które ułatwiają mi przeprowadzanie takich rozmów.

Po pierwsze: traktuję nieznajomego jak znajomego

To ważne – często paraliżująca bywa sama myśl, że mamy rozmawiać z kimś nieznajomym. Nie lubię dzielić ludzi na znajomych i nieznajomych, bo zakładam, że na pewnym poziomie wszyscy jako ludzie jesteśmy tacy sami (a poza tym czasem znajomy potrafi wywinąć taki numer, że wydaje mi się, że nigdy go nie poznałam). Zatem zakładam, że się znamy się z Panem Nieznajomym, raczej z widzenia dotychczas, niemniej jednak zasługuje przez to na mój uśmiech i otwarte podejście.

Po drugie: zakładam życzliwość

Jak już pisałam – życzliwość działa z reguły w dwie strony: jeśli uruchamiasz ją w sobie, to inni automatycznie odpowiadają z życzliwością. Przy rozmowie z nowo poznaną osobą uruchamiam życzliwość od początku. Uśmiecham się, mówię miłe słowa, doceniam to, co robi. Czasem takie mało znaczące dla nas zdania potrafią całkowicie zmienić czyjś humor, „zrobić mu dzień”. Przykład? Czasem mówię do kasjerki: „Ale ma Pani tutaj dzisiaj kocioł! Ludzie są nerwowi w takich kolejkach, prawda?”. Z niej od razu wtedy schodzi napięcie i mówi: „A żeby Pani wiedziała! A jacy się od razu niemili robią!”. I tak oto kilka słów, sympatycznych, krótka rozmowa. Oczywiście, nie namawiam Cię do rozmawiania z każdą kasjerką, bo wtedy wszyscy stalibyśmy w kolejkach godzinami 😉 Niemniej jednak porozmawiać można chociażby dla wprawy czy… np. dodatkowych naklejek na różne noże, książki czy Świeżaki, które kasjerki za taką rozmowę chętnie same wręczają z wdzięczności.

Po trzecie: zadaję pytania

Czasem bywa dziwnie. Zaczniesz z kimś rozmowę na przystanku i myślisz, że to tylko kilka zdań, a potem okazuje się, że siedzisz obok tej osoby w autobusie i przez 12 przystanków nie bardzo wiesz, jak się zachować. Mój patent jest prosty? Nie wiesz, o czym mówić – pytaj. Ludzie z reguły lubią mówić o sobie i chętnie odpowiadają na pytania. W okresie przedświątecznym zapytaj, czy już mają za sobą zakupy prezentowe, latem – czy już po urlopie, gdy spadnie śnieg – czy lubią taką pogodę itp. Zadaję pytania z życzliwością i otwartością, nie oceniam odpowiedzi, tylko słucham, czasem odpowiadam, że ja mam inaczej (np. nie robię zakupów świątecznych na ostatnią chwilę), ale znam ludzi, którzy wolą iść na żywioł i kupować wszystko w Wigilię.

A Wy jak rozmawiacie z nieznajomymi? Stosujecie powyższe strategie?

Życzliwość to klucz

Wiesz, czego najbardziej nie lubię, gdy rozpoczynam z kimś rozmowę? Negatywnego nastawienia. Bardzo nieprzyjemnie mi się robi, gdy pani w urzędzie nie patrzy na mnie, tylko opryskliwie odpowiada półsłówkami, gdy w sklepie zamiast mi pomóc sprzedawca wzdycha i przewraca oczami, gdy sąsiad na moje „Dzień dobry!”, odpowiada „Tu nie obora, proszę zamykać drzwi” nawet nie patrząc mi w oczy. Znasz to? A czy zdarzyło Ci się być kiedyś taką osobą i nieprzyjemnie potraktować „niewinnego” rozmówcę (petenta, klienta, sąsiada)?

Mnie się zdarzyło nie raz. Wydawało mi się, że skoro mi jest trudno, bo mam dużo obowiązków, stresu czy złości w sobie, to wcale nie muszę być miła dla kogoś, kogo nie znam. I nie byłam. Rezultat był taki, że często rozmowa dostarczała mi jeszcze więcej nieprzyjemnych emocji i czułam się jeszcze gorzej.

A gdyby tak wszystko zmienić…

Wyobraź sobie, że przypadkowa osoba, z którą rozmawiasz, jest do Ciebie dobrze nastawiona, okazuje Ci sympatię, troszczy się o Twoje samopoczucie i chce Ci pomóc. Jak się wtedy czujesz? Dobrze, prawda? Przyjemnie się rozmawia z kimś, kto jest do Ciebie życzliwie nastawiony. A gdybyśmy odwrócili role i Ty sam stałbyś się taką osobą? Jak inni by się czuli rozmawiając z Tobą?

Z mojego doświadczenia wynika, że na życzliwość ludzie odpowiadają życzliwością. Jeśli zadam im pytanie z szacunkiem i sympatią, nie potrafią odpowiedzieć zgryźliwie i nieprzyjemnie. Jeśli jestem dla nich zwyczajnie i szczerze miła, nie przymilna lub nachalnie sympatyczna, tylko miła, jako człowiek, to nie potrafią odmówić mi pomocy. Jeśli doceniam to, co dla mnie robią, chcą robić jeszcze więcej. Zaskakujące?

W latach 90-tych odkryto, że mamy w mózgu komórki, zwane neuronami lustrzanymi, które odpowiadają za naśladowanie czynności wykonywanych przez innych ludzi. Jeśli się uśmiechasz do kogoś, ta osoba bezwiednie odpowiada uśmiechem, a uśmiech daje sygnał do mózgu, że wszystko jest dobrze i tak dalej.

Właśnie dlatego na Twój uśmiech, Twoją szczerą życzliwość ludzie odpowiadają uśmiechem i życzliwością.

Skąd wziąć życzliwość?

Gdy mam zły dzień, humor mi nie dopisuje, ciężko mi znaleźć w sobie chęć do uśmiechania się do obcych ludzi. Całkowicie brakuje mi wtedy życzliwości. W takich momentach pomaga mi przypominanie sobie sytuacji życzliwości lub osoby, wobec której czuję bezgraniczną sympatię. Uciekam na kilka chwil do świata mojej wyobraźni, by przypomnieć sobie jak się czułam ostatnio w tej sytuacji i pozwalam sobie, by moje nastawienie do świata się zmieniło. Potem jeszcze kilka uśmiechów, sygnał do mózgu i… życzliwość wraca.